CCIII
Nie wychodzę z domu.
Opowiadał mi jedną sytuację z życia dwudziestoparolatków. Tąpnęło mnie nagle, że to istnieje. Że trwa w nich, to co ja znaleźć mogę tylko w powieściach, filmach, co podświadomie wydawało mi się przekoloryzowaną retrospekcją. Te wszystkie układy, kary, pogróżki, podwórkowe hierarchie, przy trzepaku. Zawadiaki, kozły; draki, małe zemsty i wielkie sprawy.
Ej, to naprawdę istnieje.
: )
CC

*
Nie panuje trochę nad kolorami tych skanów. Głupi cyjan.
Mokra jesień. Końcówka tego roku i cały nadchodzący będą udowadnianiem.
CXCVII

*
Gdyby tak punkty przekładały się na umiejętności i talent. Tylko mrzonki.
3 kierunki, w sumie mimo woli, stały się faktem.
*
Mam na końcu języka tekst o konfrontacjach, tak mnie skubane mierzwią.
O tak:
Tylko czasu brakuje. Tak, z powodu własnego, ciasnego trybu życia, przestałam pisać (to i owo). Mam ochotę z impetem “wrócić” na stare śmieci, jednak efekt obcości ogromnieje.
I zmienić charakter tego miejsca.
CLXXXVII


Dwa tygodnie na Śląsku zaowocowały. Już wiem, jak kopie prysznic i co to znaczy, mieć pod sobą klub i jego kuchnię. Od przybytku, podobno, głowa nie boli.

Mam firmowy worek i całkiem pozytywne zdjęcia. Udało się też coś popełnić, tym razem na nowymtańcu (za edycję graficzną nie odpowiadam).
Przy okazji zaznałam takiej stagnacji miasta i dezorganizacji festiwalu, że prawie mam ochotę pisać peany na cześć Lublina.
CLXXXIV

Dziwny zapach ma moja elka.
Miesiąc w rozjazdach teatralnych, włóczęgowskich. I wciąż przy pracy. Tyle tematów. Ale będzie czas wspólny, wyczekany.
Po 2 tygodniach monstrualnie i wieloaspektowo przytłaczającego Śląska, inaczej patrzy się na Lublin. Może nawet mam siłę znowu pisać.
CLXXVIII
Gdy zasiadaliśmy do wielkanocnego stołu, za oknem przeszedł kondukt pogrzebowy.
(…)
(Doprawdy życie pisze najlepsze scenariusze. Kiedyś pomyślę o tym poważniej)
CLXXVII
Szliśmy tak jak zazwyczaj, dosyć szybkim krokiem, za rękę. Zanurzeni we własnych myślach, niby wspólnych, a pełnych obustronnych niedopowiedzeń. Niespodziewanie wyrosła przed nami karuzela. Jakby prosto z prowincjonalnego wesołego miasteczka, z mglistego wspomnienia dzieciństwa. Na pustym, ziemistym placu, delikatnie odcinał się ten pastelowy wachlarz barw, wykończony łuszczącymi się złoceniami. Karuzela kręciła się, bardzo powoli, jakby tarpany znalazły się w zatrzymanym w nieskończoności wyścigu. Nie było tu żadnego człowieka, wiatr nawet ucichł, tylko ten powolny, bezgłośny, wieczny obrót.
Nie powiedzieliśmy ani słowa. Pozostała nam tylko jedna, od początku do końca jednaka, myśl. Wszystko stało się jasne. To minie. Prawie wszystko przemija.































