




Dwa tygodnie na Śląsku zaowocowały. Już wiem, jak kopie prysznic i co to znaczy, mieć pod sobą klub i jego kuchnię. Od przybytku, podobno, głowa nie boli.

Mam firmowy worek i całkiem pozytywne zdjęcia. Udało się też coś popełnić, tym razem na nowymtańcu (za edycję graficzną nie odpowiadam).
Przy okazji zaznałam takiej stagnacji miasta i dezorganizacji festiwalu, że prawie mam ochotę pisać peany na cześć Lublina.